Awaria i ratunek
Nie mam zdolności informatycznych. Przekonałam się o tym boleśnie dzisiaj w pracy, kiedy pożarło mi moją całodzienną pracę. Wcisnęłam niechcąco jakąś dziwną kompilację klawiszy i wszystko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różyczki, zniknęło… Moja rozpacz była ogromna, potem przyszła złość na wszystkie komputery świata. Odzyskać tez nie potrafiłam, ale znając moje szczęście, to pewnie usunęłam wszystko definitywnie. Zadzwoniłam, jak w czasie pożaru, do znajomego programisty, który wykazywał się znacznie większą znajomością komputerów, niż ja. Jest takim moim pogotowiem awaryjnym, gdy coś mi się SAMO usunie. Wielokrotnie słyszałam od niego, że wszystko powinnam zapisywać. Czy to nie dziwne, że dobre rady zawsze przypominają nam się po czasie? Najpierw musiałam cierpliwie wysłuchać, że znowu sama sobie jestem winna. Z pokora przyjęłam uwagi i z niecierpliwością czekałam na efekty jego działań. Po wszystkim, jak udało się odzyskać to co utracone, solennie musiałam obiecać, że zastosuję się do jego rad. A co tam… obiecać zawsze mogę. Nie moja wina, że czasami sobie po prostu o tym zapominam.